“HALT i 24 godziny”

 

Na początku mojego trzeźwienia, na niemal każdym mitingu, moi starsi stażem koledzy powtarzali mi, abym zawsze pamiętał o dwóch najważniejszych rzeczach: abym nie pił tylko dzisiaj i żebym nie był głodny, zły, samotny i zmęczony.

Nie ukruwam, że pracując latem na dachu, a lata ci u nas upalne, gdy byłem spragniony, to nie myślałem o źródlanej wodzie.  Przed oczami miałem schłodzone piwo, dużo piwa, ale właśnie wtedy wypijałem galony wody, pragnienie i pokusa mijały. Głodny nie chodziłem, bo apetyt po odstawieniu alkoholu wrócił i to jeszcze jak! A kochana żonka i teściowa dbały, aby jedzenia nie brakowało.

Samotny też specjalnie nie byłem, bo rodzinka duża, przyjaciele ze wspólnoty w zasięgu ręki albo telefonu. Ze zmęczeniem też nie było źle, bo zamieniłem to alkoholowe wynikające z lenistwa, na to zasłużone i dające satysfacje po ciężkim dniu pracy, na przykład. Jako, że z głodem, samotnością i zmęczeniem jakoś sobie radziłem, to i zły nie byłem, bo i na co niby?

Jeśli chodzi o 24 godziny w czasie, to w ogóle nie było problemu, ja od razu mówiłem, że trzeźwy to już będę do końca swoich dni (a jak!), a moja wizja trzeźwości była tak ogrooomna, że na jakąś śmieszną dobę, to nawet nie ma co patrzeć!

Czas leciał, a ja w błogostanie swojej abstynencji trwałem. Chodziłem regularnie na mitingi, nawet się w służbach udzielałem, pomagałem potrzebującym kolegom ze Wspólnoty, niby wszystko się zgadzało, ale nie do końca... Czegoś zaczęło brakować, za czymś zacząłem tęsknić. Nawet najbliżsi zauważyli, że ten rozpędzony rower mojego trzeźwienia zaczyna zwalniać, jakbym przestał pedałować, albo jakby mi łańcuch spadł!

Z perspektywy czasu wiem, że zaczęło mi brakować autentyczności w tym co robiłem. Zacząłem trzeźwieć „na pokaz”, dla efektu, moje ego zaczęło znowu podnosić głowę i zawołało do pomocy swoich nieodrodnych synów: egoizm, egocentryzm i córeczkę pychę. Może te „dzieciaki” nie były tak wyrośnięte jak w czasie mojego czynnego picia, ale one dojrzewają bardzo szybko...

Tylko Bogu i swoim najbliższym  zawdzięczam, że w tym właśnie momencie pojawił się w moim życiu sponsor, który otworzył mi oczy na to, co się ze mną dzieje. Zaczęliśmy robić kroki i warsztat ten zajął nam około 10 miesięcy. Specjalnie piszę „warsztat”, bo program robi się każdego dnia, w codziennym  życiu i nie ma limitu dni na jego zakończenie, to jest „never ending story”!

Teraz mam nieco inne spojrzenie na nasze 24 godziny i HALT.

Dobę bez alkoholu, zamieniłem na uczciwie przeżyty dzień, w którym próbuję, przez poranną modlitwę do mojego Boga, zrozumieć Jego wolę, a potem staram się wprowadzić ją w życie, na ile potrafię i jestem w stanie. Z tych atomów codzienności składa się całe moje trzeźwienie i całe moje życie, i stanowią one ze sobą jedną nierozerwalną całość.

Na koniec każdego dnia robię podsumowanie i jeśli coś nawaliłem to proszę Boga o wybaczenie, ale też proszę o wybaczenie moją żonę, moje dzieci, osoby, którym dokuczyłem.

To też jest 24 godziny.

Pierwsze „H” z HALT znaczy hangry, czyli głodny. Fizyczne poczucie głodu nie jest uczuciem przyjemnym i trzeba go oczywiście unikać, bo wiadomo: Polak głodny to Polak zły!

Jednak można być napchanym po sytym obiedzie i odczuwać głód duchowy, potrzebę bliskości z moim Bogiem, tęsknotę za Jego słowem, za zrozumieniem Jego zamiarów wobec mnie!

Taki głód zaspakajam modlitwą i medytacją, stosując się do zaleceń 11 go kroku. Moim Bogiem jest Jezus Chrystus i przyjmując komunię na coniedzielnej mszy, w sposób jak najbardziej konkretny i namacalny, czuję się nasycony i bliski z moją siłą Wyższą. Zaspokojenie głodu duchowego wymaga ode mnie więcej wysiłku niż zjedzenie kanapki z szynką i muszę cały czas pamiętać, aby duchowo nie być głodnym, bo zaraz wkrada się do mojego serca niepokój, który sieje zwątpienie i wracają złe emocje.

„A” znaczy angry, a więc zły. Bardzo podoba mi się sposób na złość, który podaje Felek: złość to znaczy źle iść, gdy pojawia się to uczuccie to znaczy, że zbaczam z kursu dobrych emocji i bez względu na jego źródło, powinienem  ruszyć sterem w lewo lub prawo, aby na bezpieczny kurs wrócić. Jeśli tego nie robię, to pojawia się gniew, jeszcze większy znos z mojej bezpiecznej emocjonalnej trasy, który mnie zaczyna „giąć” (od „gniew”), ale jeszcze wtedy mogę się wyprostować i opanować. Jeżeli pozwolę się zgiąć do końca, to przychodzi agresja i jest pozamiatane, płynę na jej fali i jest już za późno cokolwiek zrobić, aby się zatrzymać, robię rzeczy, których normalnie, będąc emocjonalnie spokojny, bym nie zrobił.

 I tu jest właśnie sens tego „angry”: unikać zbyt gwałtownych przeżyć, od euforii po użalanie się nad sobą i popadanie w depresję. Nie wolno mi, alkoholikowi, być niedobrym emocjonalnie, nidobrym to znaczy niezrównoważonym. Ja sam muszę wyczuć ten moment, kiedy zaczynam się giąć, obojętnie  w którą stronę i znaleźć sposób, aby w porę się wyprostować.

Mnie pomaga modlitwa o pogodę ducha, policzenie do dziesięciu i przypomnienie sobie recepty Felka. Każdy inny sposób jest dobry, aby nie doprowadzić do zbyt silnego wybuchu moich chorych, czy trochę już podleczonych emocji.

Teraz mamy „lonely” to jest, samotny. Ostatnie lata mojego pijaństwa, to picie w samotności i ukryciu. Lubiłem pić sam, w swoim pickupie sączyłem brendy i snułem fantastyczne plany na pszyszłość, tak chore i nierealne, jak sam byłem chory i nierealny. Byłem takim autystycznym alkoholikiem żyjącym we własnym świecie iluzji, w którym byłem sam dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem. Wiem, że można być samotnym w tłumie i na trzeźwo. Dopóki będę się wewnętrznie nad sobą użalał, rozpamiętywał przeszłość, to nie będę w stanie otworzyć się na drugiego człowieka, nawet na najbliższych i z tą urazą do siebie samego i do całego świata, będę czuł się bardzo samotny.Jako alkoholik nie mogę sobie na tego rodzaju uczucia pozwolić, bo stąd już krótka droga, aby sięgnąć po „ lekkarstwo”, które kiedyś było jedynym mi znanym panaceum na moje chore emocje.W Wielkiej Księdze piszą, że tym bardziej jest się chorym, im większe są moje sekrety,święta prawda! Program 12 kroków to program otwarcia na samego siebie, na Boga i na drugiego człowieka i aby być otwartym, muszę eliminować moje stany emocjonalne, które prowadzą do mojego wyobcowania i osamotnienia.

Zostało jeszcze „tired” czyli zmęczony. Słyszałem określenie, że to zmęczenie to taka półapka, w którą można wpaść. Jak już pierwsze trzy litery z HALT mam, moim zdaniem opanowane, to nie czując się już ani głodnym, ani złym, ani samotnym, mogę poczuć się na tyle mocnym, aby bez opamiętania rzucić się na przykład w wir pracy, zapomianego hobby, czy w ogóle wszystkiego naraz! Na dłuższą metę długo tak nie pociągnę, a będąc zapracowanym, nie będę miał czasu na zaspokojenie głodu duchowego, będę zbyt zmęczony, aby pójść na meeting i nie czuć się samotnym no i w końcu pojawi się złość jako owoc nie spełnionych potrzeb.

HALT staowi pewną całość i bez nawet jednej literki, czy to będzie H czy T, traci cały sens! HALT, po niemiecku znaczy „stój” (skąd my to znamy...) i może to jest własnie to! Zatrzymaj się jak zaczynasz czuć głód, zastopuj, jak ogarnia cię złość, zastanów się zanim zaplanujesz coś, co przekracza twoje siły i możliwości! Gonitwa codzienności nie ułatwia nam stosowania tych zasad, ale od czego mamy program, sponsora, drugiego alkoholika na meetingu? Bogu dzięki za te narzędzia, tylko moja w tym głowa, aby umieć z nich korzystać.

W Wielkiej Księdze pisze, że za program 12 tu kroków wielu by się dało zabić, ale niewielu chce go stosować w codziennym życiu. Zyczę Wam i sobie kochani przyjaciele, abyśmy nie byli takimi kami-kadze programu, a raczej jego Wokulskimi i realizowali go każdego dnia, w czym HALT i 24 godziny na pewno nam pomogą! Pozdrawiam, Czarek alkoholik.